wtorek, 21 lutego 2017

Strażnik lasu ...sójka....



                       Ogromnie trudno zrobić jej zdjęcie. Do naszego ogrodu zagląda tylko jedna, ale w Tuchowie, na Garbku, jest ich sporo i często słyszałam jej skrzekliwy głos. Dopiero z portalu ptaki. info dowiedziałam się dlaczego tak skrzeczy. "Sójka pełni funkcję "strażnika lasu" alarmując przy byle okazji wrzaskliwych głosem".
 
A ta przyleciała na słoninkę powieszoną dla sikorek. A że  wisi ona na wprost mojego okna mogłam zrobić jej portreciki.





piątek, 17 lutego 2017

Sesja parapetowa........



       Za oknem wiosny jeszcze nie widać. Poza ptaszkami, które się ożywiły wraz ze zmianą aury na mniej zimną.   Tylko okna zaczynają być kwietne a to dzięki storczykom, które znów zaczynają kwitnąć i grudnikowi, który okazuje się w tym roku być bardziej Wielkanocny niż Bożo Narodzeniowy. Słońce, którego dzisiaj już niestety nie ma, ale świeciło cudnie przez ostatnie trzy dni sprawiło, że zrobiłam małą sesję kwiatową......głównie storczykową. O tej porze nie ma co fotografować więc każda okazja dobra, by aparat wziąć do ręki i się nim pobawić.



























A od popołudnia miłego weekendowania życzę wszystkim do mnie zaglądający.

środa, 15 lutego 2017

W środowym spotkaniu oczywiście o dzierganiu i czytaniu.(11)



           Dzisiaj był piękny, słoneczny, aż można by rzec, prawie wiosenny dzień, gdyby nie to, że znów się jakaś zmiana pogodowa kroi. Mojego szalika coś tam wciąż przybywa, ale i tak będzie już na następną zimę, bo przecież nie będę odstraszać nim wiosny, na którą z wytęsknieniem czekam. 



Na szaliku prezentuję "Miłość"  Toni Morrison, z której czytaniem już finiszuję. To moja pierwsza książka Noblistki z 1993 roku a uważam to spotkanie z jej literaturą za  udane. O czym faktycznie jest ta opowieść pod tak znamiennym tytułem mam nadzieję wysondować kończąc książkę.

Czytam kartkując "Miłość" a słucham natomiast tym razem  na zmianę dwu książek. Każda z innego gatunku i każda wciągająca.
Bogusław Wołoszański opowiada o pięknych kobietach, które wpływały miedzy innymi na losy wojen a Agnieszka Wojdowicz o równie pięknych, które próbowały brać swoje losy w swoje ręce w czasach, gdy to nie było dobrze widziane.






Kończę swoje spotkanie środowe u maknety portrecikami mazurków, które uwielbiają bawić się wśród gałązek  naszego pigwowca i pozdrawiam wszystkie uczestniczki wspólnego dziergania i czytania.





środa, 1 lutego 2017

W środowym poście o tym do czego można użyć drutów do dziergania.(10)



           Veronique była w podłym nastroju. Po sześciu dniach w szpitalu, ze złamaną nogą, pękniętymi żebrami i podejrzeniem hipotermii, czuła się zmęczona i rozdrażniona. A trudno było o chwilę ciszy i spokoju, bo stale ktoś wchodził na oddział albo z niego wychodził. Dodatkowo na nerwy działało jej nieustanne pobrzękiwanie drutów, na których babcia z sąsiedniego łóżka dziergała największy chyba sweter na świecie.
           Najbardziej jednak przeszkadzało jej nieznośne swędzenie nogi pod grubym gipsem.
Doprowadzało ją do szału. Bardziej niż ból żeber. Próbowała poruszyć palcem u nogi, a nawet przekręcić gips, ale to bolało. I to bardzo. A swędzenie nie ustawało. Miała wrażenie, że po nodze wędruje stado mrówek. Gotowa była oderwać ja sobie, byle tylko przestała swędzieć.
            W końcu wpadła na pewien pomysł. Pożyczyła drut od starszej pani, myśląc, że upiecze dwie pieczenie przy jednym ogniu.
A teraz patrzyła ponuro na swoje udo, gdzie spod gipsu wystawał koniec drutu, którego nie mogła wyciągnąć. 
            Utknął.
            Pchnęła go więc mocniej, usiłując się podrapać, ale zniknął pod gipsem i nie mogła go nawet uchwycić. Na pewno zablokuje dopływ krwi do nogi, którą trzeba będzie w  końcu amputować. A wszystko przez to nieznośne swędzenie, jakby miała pokrzywkę.
            Sprawę pogarszało to, że jej sąsiadka niczego nieświadoma, wciąż robiła na drutach, bo miała przy sobie zapasową parę. Na wypadek, gdyby jakaś głupia krowa z sąsiedniego łóżka postanowiła wsunąć jeden z drutów pod gips.


Zacytowany przeze mnie fragment  pochodzi z książki "Francuska oberża", którą króciutko zaprezentowałam w poprzednim poście.
A przypomniał mi on o tym, że sama ponad trzydzieści lat temu również w podobny sposób używałam druta; byłam po wypadku samochodowym i miałam złamany obojczyk.
Zafundowałam sobie w ten sposób sześć tygodni gipsu, a swędzenie pod nim było po prostu torturą. Tylko drut był idealnym narzędziem, który użyty w celu podrapania się przynosił ulgę.


              Szalik niestety przybywa powoli, bo chociaż robię go prostym patentowym ściegiem wciąż mi uciekają oczka i muszę pruć. Chyba się rozkojarzam przy dzierganiu. I w ten sposób wiosna mnie zastanie z szalem na drutach.


Nadal więc dziergam  szal oraz czytam i słucham. A czytam polski thriller z gatunku medycznych pt. "Japońskie cięcie", autorstwa Krzysztofa Kotowskiego. Kryminały, thrillery to są gatunki literackie, które traktuję na marginesie swojego czytelnictwa, ale ten nawet przypadł mi do gustu. 

Słucham natomiast "Chinlandię" 
źródło


A w związku z tym, że post zaliczam do spotkań środowych u maknety pozdrawiam ciepło i serdecznie grupę wspólnie dziergająca i czytającą.







czwartek, 26 stycznia 2017

Środa w czwartek, czyli spóźniony post...../9/

 
        Dzisiaj wprawdzie czwartek, nie środa, ale ja jeszcze w temacie  dziergania i czytania. Sporo środowych spotkań u maknety ominęłam, gdyż czytać czytałam, ale jakoś nie miałam pomysłu na dzierganie. Kiedyś w porywie nagłej chęci chwycenia za druty obkupiłam się w resztówki różnych włóczek. Dzisiaj patrzę na nie i kombinuję co z tej różnokolorowej zbieraniny mogę zrobić. Jak na razie wymyśliłam kolejny szal, który zaczynałam co najmniej trzykrotnie. A to był za wąski, a to za szeroki aż wreszcie zaczęło go przybywać. 



Nadal jest trochę za szeroki, ale taki już zostanie. Wprawdzie marzę o tym, by zima jednak sobie poszła jak najszybciej do morza to jednak szal powstaje...jak nie na tę zimę jeszcze, to na następną się przyda, jak nie mnie to córce.
Korale, które przy okazji prezentuję też powstały nie dawno....rzadko już się bawię w tworzenie biżuterii, chociaż i tu zapasy mam jeszcze spore. Te z korala prasowanego powstały spontanicznie i muszę przyznać, że mimo  swej skromności, a może własnie dzięki niej,  fajnie się prezentują. Może powstaną do kompletu kolczyki.

"Francuska oberża" to druga książka w tym miesiącu czytana...skończyłam ją czytać właśnie wczoraj, czyli w środę. Książka wpierw mnie zachwyciła okładką .... ten niebieski kolor do mnie przemawia, mimo iż sama poza dżinsami innych niebieskości na siebie nie zakładam, lub sporadycznie, ale musi to być odcień, w którym się dobrze czuję. A następnie spodobał mi się jej klimat, taki francusko - angielski. Angielska pisarka o Francuzach. To ciekawy zabieg literacki, ale wyszło bardzo sympatycznie i wciągająco. Nawet żałowałam, że tak szybko przyszło mi się rozstać z miłą angielską parą, która koniecznie chciała prowadzić oberżę w niewielkiej, urokliwej francuskiej miejscowości i małą, ale bardzo zróżnicowaną   społecznością, wśród której znajdowali się  przeciwnicy i sympatycy ich poczynań. 
Polecam tę książkę na zimową chandrę, mimo że jej akcja toczy się również zimą, gdyż wypływa z niej dużo pozytywnej energii, chociaż nie brak w niej również smutnych wątków. Ogólnie jednak poprawia nastrój. 

Pozdrawiam ciepło uczestniczki spotkań środowych i wszystkich, którzy do mnie zajrzą.